imprezy,  relacja

Lubeńska Połówka

niee, to nie będzie o degustacji jakiegoś procentowego trunku 🙂 Lubeńska Połówka to jeden z dwóch dystansów podczas zawodów “Lubeński Cross” organizowanych przy okazji Dni Gminy Lubenia. Choć w tym roku odbyła się już szósta edycja biegowej imprezy, to dopiero po raz pierwszy wziąłem w niej udział. Nie ukrywam, że jednym z powodów były opinie zawodników o przepysznych ciastach, czekających na mecie 😀 Ale inne aspekty też były chwalone – m.in. ciekawe i dobrze przygotowane trailowe trasy (mocno pagórkowaty profil i urozmaicone podłoże), kameralna atmosfera (to właściwie bardziej festyn z atrakcjami dla dzieci (biegi dla dzieci, dmuchańce) i dorosłych (występy artystyczne i wyżerka) niż formalne zawody biegowe.
Poniżej moja relacja z samego biegu 🙂

Że będzie gorąco, wiadomo było od rana. Uznałem, że ilość punktów na trasie (8, 13 i 18 km) pozwolą mi lecieć z jednym flaskiem, bez grzania pleców kamizelką, do której pakowałbym więcej płynów. Bedzie kilka minut straty na uzupełnienie, ale za to lżej i chłodniej. Jadę wcześniej, więc zabieram ze sobą jeszcze 0,5l bidon z izo, który wypijam przez godzinę przed startem. Zjadam też jeden żel.Na stadionie śmieję się, że mogłoby być o 3’C więcej, aby – skoro już się grzać – to złapać odznakę Garmina za bieganie w temp. >35’C 😉 Z głośników słyszę, że kobiecy rekord trasy to 2:04, pasuje więc dużo dłużej na niej nie spędzić 😉 Ruszam gdzieś z trzeciego rzędu, planując nie wystrzelać się na pierwszej górce. Część trasy znam z niedawnej wycieczki biegowej, ale druga górka jest mi obca, więc chcę się trzymać w pierwszej dziesiątce. Pierwszy podbieg znam i spokojnie trzymam się grupki. Pierwsi jednak urywają się i przypuszczam, że zostaję w drugiej piątce. Trzymam się Mateusza, którego oceniam jako mocniejszego od siebie. Ma to plus, bo na górce zasłania mnie od wiatru (; Na zbiegu próbuję wyprzedzać, bo czuje się bezpieczniej, z wyprzedzeniem planując kroki. Po drodze mijamy jakiegoś leżącego w ogrodzie lokalsa i jeden z zawodników przed nami zatrzymuje się przy nim. Ja z pozostałymi zbiegam do ulicy i krzyczę kierującym ruchem policjantom, że 600m wyżej tubylec leży w trawie 😉

Teraz płasko asfaltem i stromy podbieg, którego nie znam. Trzymam się chłopaków, ale tętno niebezpiecznie rośnie i przed szczytem zostaję na 100m. Na zbiegu po łące znów biegniemy grupką. wypadamy na pierwszy punkt. Nie uzupełniam flaska, w którym mam jeszcze 1/3, a tylko proszę o polanie głowy i od razu ruszam dalej. Jeszcze kawałek zbiegu i znów pod górkę. Tego kawałka też nie znam. W dodatku Mateusz został w tyle, a drugi kolega uciekł w przód. Widzę, go tylko na dłuższych prostych. Tutaj już odcinkami podchodzę, bo wiem jakie górki jeszcze przede mną. Na górze odkryty teren, więc słońce grzeje mocno. Kończy mi się płyn. Staram się jednak trzymać tempo, bo słyszę zawodnika za sobą. Zjadam drugi żel. Na szczęście już trasa znana, wyglądam więc zbiegu łąką, na którym myślę przyspieszyć. Ale skoszona trasa ma ten minus, że pod sianem nie widać dziur, trzeba więc biec bardziej ostrożnie niż by się chciało. Przesuwam się jednak do zawodnika przede mną.

Klnąc na twardo zszytą dziurę w butach, zbiegam do drugiego punktu. Tutaj jeden z facetów polewa mi głowę, a drugi napełnia flaska. Ja piję jakiś sok z gumijagód i zagryzam arbuzem. Mogłem go wziąć na drogę, bo teraz podejście stromym ogrodem, ale nie chciałem śmiecić po drodze. W końcu wypłaszczenie, asfalt, zbieg i podbieg. Jestem coraz bliżej poprzednika. Przed nami przedostatni podbieg. A właściwie podejście, bo poprzednik idzie. Chyba na tej górce całkiem żwawo mija nas Andrzej, pierwszy zawodnik z krótszego dystansu. A przed nami wypłaszczenie i zbieg. najpierw kamienistą łąką, na której lecę nieco ostrożniej, żeby nie złapać kamyka do buta (wyjmowanie byłoby kosztowne czasowo). Potem fragment zryty przez dziki, więc znów wolniej niż można.

Aż w końcu asfalt i ostatni punkt. Dobiegając, zjadam trzeci żel, a na punkcie dolewam wody, biorę chlust na głowę i pędzę za uciekającym. Na uszach cały czas dudni Queen, w marszu zrównuję się z poprzednikiem i powoli wysuwam na przód. Kończy się upierdliwy tłuczeń i choć nadal pod górę, to pasuje biec. Słońce pali, polewam się wodą z flaska i lecę. Na zakręcie przed ostatnim zbiegiem zauważam zawodnika za mną, ale to ktoś inny niż wyprzedzony. Nie zważając na bolące palce (i pięty) pędzę w dół, mijam dopingujące Anię z Klarą 😀 i mijam znów leżącego tubylca. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że już tędy dziś biegłem 😮 Odwracam się i z ulgą stwierdzam, że gość za mną ma zielony numer krótszego dystansu. Na ostatnim asfalcie i tak jeszcze przyspieszam, przesuwam pas z numerem na przód i wbiegam na metę, by paść na trawę zaraz za nią. Siedzący na ławce Witek informuje mnie, że jestem piąty 😀

Podczas biegu wypiłem trzy półlitrowe flaski + 2-3 kubki na punkcie. Plus bidon przed startem. Na mecie wypijam 0,7 4Move z pakietu, a jedząc ciastka, popijam otrzymaną mineralkę. Jakieś 3l płynów w ciągu 4h!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.