relacja

Kuśtykanie po Beskidzie, czyli 150km Łemkowyny (cz.2)

Poprzednią część zakończyłem na dotarciu do punktu żywieniowego w Chyrowej. Bolą mnie obie łydki, prawe kolano utrudnia zbiegi, a na dodatek prawa cholewka ugniata kostkę. Ale na punkcie gra energiczna muzyka, a na moje powitanie pojawiają się uśmiechnięte twarze Agnieszki i Basi. Oraz zarośnięta gęba Michała 😉 Aż chce się żyć! i żryć 😉 Przynoszą przepak, częstują zupą, uzupełniają flaski. Hola-hola! Muszę zwolnić. Biorę przepak i z Michałem idziemy do budynku. Usuwam stare plastry i myję stopy. Osuszam ręczniczkiem z przepaku, smaruję Sudocremem i nakładam nowe plastry (na palce i kostki oraz podbicie). Zakładam świeże skarpety i zmieniam buty. Kostka trochę opuchnięta, ale to pikuś wobec łydek. Na lewej brzuchatemu wyrosła trzecia głowa 😮 Spryskuję ją obficie chłodzącym sprayem, bo wygląda śmiesznie/niepokojąco – cała opuchnięta, a pomiędzy głowami brzuchatym, a Achillesem jest spore zgrubienie (ale dotykowo niebolesne). Nie zmieniam koszulek – co prawda śmierdzę całodniowym wysiłkiem, ale nie czuję dyskomfortu ruchowego, niech więc już zostanie ten mikroklimat 😉 Przepakowuję plecak (nowe żele/batony), a co zostało, to do worka na metę. Teraz wracam na podwórze. Do ładowarek podpinam telefon i zegarek i jem przyniesioną przez Michała kaszę (?) z czymś 😉 Czuję, że siedzę już długo, więc czas się zbierać, przede mną spore podejście łąką, a w perspektywie jeszcze 70km. (Jak później sprawdziłem, zeszło mi 15 minut).

Z punktu w Chyrowej zbiega się w dół, obok zabytkowej cerkwi, potem przez nowy mostek (kto chce może brodem) i następnie, po kilometrowym podbiegu łączką z ładnymi widokami za plecami, zapada się w lasy. Teren pofałdowany, bardzo biegowy (w normalnych warunkach, bo ja robię kilometry w tempie 9-12min/km). W kocu zbieg obok Pustelni św.Jana i dobiegam do S19 na Barwinek. Tam spotykam Kamila, którego poznałem podczas pierwszego wolo w Ropkach (a dziś był tam szefem punktu). Uśmiechy, doping i trzeba się spinać na Cergową. Byłem tutaj w wakacje i wiem, że będzie się dłużyć. Postanawiam się zatrzymać i podpiąć do powerbanku zegarek. W tym czasie dogania mnie mała grupka zawodnikow, dopinam się więc i próbuję się ich trzymać. Robi się już ciemno i planuję na szczycie wyciągnąć czołówkę. Jednak robię to wcześniej, bo w 2/3 szczytu nadciąga chmura i zaczyna walić marznącym deszczem. Zatem szybko zakładam kurtkę wodo i uruchamiam czołówkę. Zakładam też dodatkowe rękawiczki (cały czas biegnę w termo). Na szczycie ani mi w głowie wchodzenie na wieżę. Teraz zaczyna się zbieg. Jest ciemno, ale zbieg nie jest stromy, więc mogę potruchtać. Udaje mi się nawet dogonić grupkę, która urwała mi się na szczycie. W miedzy czasie przestaje padać. Wybiegamy z lasu i zaczyna się jakiś asfalt. Najpierw pod górę, a potem zbieg do miasteczka. Jest równo i niezbyt stromo, więc znów trochę biegnę. Łudzę się, że to już Iwonicz, ale okazuje się, że to jakaś Lubatowa, a do Iwonicza jeszcze 3km nieprzyjemnego asfaltu.

Wreszcie w Iwoniczu 🙂

Ale w końcu jest! Iwonicz Zdrój. Poznaję amfiteatr, w którym w maju byłem na punkcie. Jednak teraz jest ciemno 😮 Zatem pewnie punkt dopiero w centrum. Trudno, jeszcze trochę klap-klap asfaltem. W końcu Rynek i znajome twarze ekipy Ducha Pogórza, jest też solidna bryła Krzyśka z B4ów 🙂 (102km i 18,5 godziny) Uściski, pamiątkowe zdjęcia, pyszne bułki z dżemem (aż biorę jedną w kieszeń na potem). Mają w końcu inne niż grapefruitowe izo – jak przyjemnie smakuje brzoskwinia! Czas jednak ruszać – ten kawałek trasy poznałem w maju, gdy nocą zamykałem odcinek do Puław. Wiem więc czego się spodziewać, będzie fajnie 🙂

Podczas biegania używam zegarka Garmin Forerunner 935 i korzystam z tracków, dzięki którym nie tylko widzę jak prowadzi trasa (ile do skrętu) , ale mam także pogląd o czekających przewyższeniach (np. ile jeszcze do szczytu) oraz prognozowanym czasie ukończenia biegu. Jednak przy trackach ultra zegarek ‘głupieje’ i np. po kilkudziesięciu pierwszych km przestaje uprzedzać o zakrętach. Dlatego na ŁUT zgrałem sobie tracki dla wszystkich tras i wystartowałem z ŁUT150, w Chyrowej wybrałem kurs ŁUT70, a w Iwoniczu chciałem się ‘przepiąć’ na ŁUT48. Ale mój Garmin się zbuntował i zwiesił przy zmianie kursu! Pokazał się startowy trójkącik i nie gasło podświetlenie 🙁 Już mu się tak zdarzało, a potem okazywało się, że cały czas rejestrował trasę, ale martwi mnie, że się rozładuje. W dodatku źle się truchta w nocy tylko wypatrując taśm. Próbuję go uruchomić i po chwili odblokowuje się. Tyle, że zapauzowany. Walczę dalej i znów zwis. Grr! Czasu specjalnie nie tracę, bo i tak nogi nie pozwalają szybko biec, ale mijają mnie w tym czasie z dwie pary (wygląda, że faceci ‘prowadzą’ partnerki). Tak mijam Rymanów i zaczynam się wspinać na podejście za miastem. Dogania mnie kilku kolesi i chwilkę podążam za nimi, jednak nie mogę utrzymać tempa. Nagle Garmin ożywa i postanawiam go już nie ruszać 🙂 Kończy się las i przede mną wietrzny kawałek łąką. A potem zbieg lasem i jest baza w Wisłoczku. Z daleka widać ścieżkę światełek i wesołą ekipę przy ognisku. Proszę tylko wolo o pomoc w wyjęciu ogrzewaczy do rąk, które pakuję w rękawiczki i po kilku minutach rozkoszuję się przyjemnym ciepełkiem 🙂 Przede mną 6km asfaltu do Puław. Mogę truchtać małymi kroczkami, robię więc kilometr w 10-12 minut. Jest mokro, ciemno i zimno. Na ch.. mi ta cała Łemkowyna?

Podładowywanie w Puławach

Tablica “Puławy Górne“, po chwili znajomy plac, z którego startuje ŁUT30 i ‘pas startowy’ prowadzący do punktu żywieniowego. Gramolę się po schodach i zagłębiam w przyjemnym cieple punktu Puławy 😀 “Co ci podać? Chcesz piwko? jak się czujesz? Zupka, ziemniaczki?” Mielecka ekipa wymiata! Ale ja ledwo żyję. Nie brakuje mi sił, bo niby gdzie miałbym je zużyć skoro praktycznie tylko truchtam, ale napierdzielają mi nogi i na dodatek zaczyna mnie ogarniać przygnębiająca senność. Podłączam zegarek do ładowania, wcinam zapiekane ziemniaczki, a głowa mi leci na pierś. Co chwilę ktoś podchodzi “Co potrzebujesz? Idź już”. Tak, nie powinienem się rozsiadać, a na pewno nie przy stole – albo drzemka w prosektorium, albo hajda na trasę! W końcu zbieram się i wychodzę w noc. Jest po północy (potem okazuje się, że spędziłem tutaj rekordowe 40 minut).
Maszeruję asfaltem pod górę. Mijają mnie chłopaki, z którymi miałem iść, ale są żwawsi ode mnie. nawet nie chce mi się włączać muzyki. Po prostu idę asfaltem, a kiedy ścieżka skręca w las, zaczynam zastanawiać się czy może nie przykucnąć sobie na chwilkę. Wybijam sobie pomysł z głowy, zdając sobie sprawę z idiotyzmu tych myśli i widząc perspektywę odnalezionego nad ranem wyziębionego durnia, ale oczy mi się zamykają i tak przyjemnie byłoby chwilę odpocząć. Minęło 24h odkąd wystartowałem, a nie licząc tych prób drzemek w Biurze Zawodów, to od 42h jestem na nogach. Jak zombie posuwam się jednak dalej. Jakieś strome wzniesienie pokonuję bokiem jakbym podchodził z nartami. Pojawiają się jacyś zawodnicy za mną. Część mnie wyprzedza. Jeden trzyma się za plecami. Kilometry wloką się po 13-17 minut. Zataczam się, zasypiając na stojąco, gdy kijki trafiają poza ścieżkę. Nie mam żadnych omamów, ale czuję zapadanie w sen. Nadmierne odchylenie od pionu, niczym ‘warczący’ pas na jedni, wybudza i każe otworzyć oczy.

Nagle na ścieżce pojawia się znicz. niedługo Święto Zmarłych, może ktoś upamiętnił tragicznie zmarłego drwala. Ale po chwili kolejny znicz. I kolejny. To dość niebezpieczne, takie znicze w lesie. No i dlaczego tyle? W kończy szereg zniczy i wiata z ogniskiem. Na wpół nierzeczywisty, niczym latający Holender – punkt Wilcze Budy! Gospodarz podejmuje nas kubkiem z pożywnym gęstym bulionem/gulaszem(?). Piję i grzeję ręce przy ogniu. Po czym ruszam dalej. Nie ma sensu przedłużać takich chwil, bo tylko będzie ciężej brnąć dalej. Kilka kilometrów w dół i pod górę (Tokarnia), aż w końcu piękny zbieg łąką do Przybyszowa. Można lecieć, że hej. Ale mnie kilometr zajmuje 16 minut. Jest za stromo na moje kolana 🙁

Ale jakoś docieram do punktu w Przybyszowie. Jest czwarta rano, 136km w ponad 27h 😮 Jestem wciąż przymulony, biorę kubek z barszczem, zagryzam ciastkami. Odkładam kubek, by poprawić coś przy butach. Biorę garść ciastek i ruszam zapominając o kubku. Teraz chwila płaskiego, po czym znów pod górę. Lubie pod górę. Inni zawodnicy się oddalają, ale powoli. Nie tak szybko jak na zbiegach 😉 Do mety już tylko niespełna 13km. Ale każdy kilometr zajmuje mi 14-17 minut. Jest mi zimno, bo moje tempo nie pozwala się rozgrzać. Ale nie chce mi się zatrzymywać i naciągać drugiej koszulki. Choć idący ze mną zawodnik zatrzymuje się gdzieś przed Wahałowskim Wierchem i nakłada na siebie wszystko co ma – koszulki, rękawki, getry 😉 Mnie jest obojętne, zasuwam się tylko po nos w mojej wodoszczelnej kurtce i noga za nogą przesuwam ku mecie. Na szczycie spotykam Pawła z Michałem, polują na piękne zdjęcia o wschodzie słońca (Michał łapie mnie, zombiaka na podkurczonych nogach 😉 Mówią, że już niedaleko do mety – po wariacjach Garmina za Iwoniczem, nie dowierzam jego wskazaniom. Ale ich ‘niedaleko’, to ponad 5km, czyli w moim tempie 16 minut na kilometr zajmie mi to prawie 1,5 godziny. Aż tyle, bo są strome odcinki, które pokonuję powoli, minimalizując ból w kolanach.

Marsz zombie

W końcu widać schronisko w Komańczy. Jeszcze tylko zejście bokiem po stromym asfalcie przy nim i jest most kolejowy. Teraz ‘tylko’ kilometr chodnikiem 🙂 Słyszę z tyłu czyjeś kroki, wyprzedza mnie starszy ode mnie biegacz. mam to gdzieś. Patrzę tylko za nim, gdzie skręci w prawo, bo pamiętam, że to będzie oznaczało ostatnie 300m. W końcu widzę jak skręca; już niedaleko. Znów słyszę kroki za sobą. oglądam się o widzę, że ktoś biegnie. Niee, tutaj już nie dam się wyprzedzić, Próbuję biec, ale przypomina to szuranie 80-latka z balkonikiem. Chyba pokraczny widok z boku, przestaję. Ale słychać kroki z tyłu, więc znów nieporadnie truchtam i takim czymś przekraczam metę. Jest niedzielny ranek. Na zegarze 31 godzin i 45 sekund od startu.

Odbieram medal i bluzę finishera. Proszę o zrobienia zdjęcia z tą upragnioną bluzą. Gość za mną ‘pożycza’ ją na chwilę i też prosi o takie zdjęcie. Drepczę do namiotu, żeby się ogrzać i posilić. W namiocie wita mnie Mateusz, który pokonał tę trasę w 23h. Zdążył już złapać trochę snu i teraz ochoczo pomaga mi, przynosząc przepak. Rozmawiamy przy jedzeniu. Potem dość niezbornie grzebię w bagażach. Idę pod prysznic i z trudem myję się, a łydki bolą mnie nawet kiedy smaruję je żelem. Stopy, poza spuchniętą kostką, nie mają żadnych uszkodzeń. Ale łydki wyglądają jak napompowane, wielkie obłe i obolałe słupy! Jak świńskie rapetki. Oj, zaliczyłem bieg i to nawet nie w tak strasznie wstydliwym czasie, ale te nogi będę leczył przez miesiąc. Wracam do namiotu, ubieram nową bluzę i idziemy na wspólne zdjęcie. Kategorycznie nie mam zamiaru tutaj wracać, ale na razie świętuję sukces 🙂 Czekając na transport rozmawiam ze znajomymi; jest ‘wolo-wariatka’ Oszi, Piotrek zajmujący się Łemkowymi wolo, Monika i Andrzej z Run&Travel. Można by siedzieć i gadać długo, ale trzeci dzień jestem na nogach i pasuje wracać do domu. Dobrze, że do Krosna jedziemy z Pawłem, a pod sam dom podwozi mnie Mateusz. W domu wyciągam przygotowane śledzie z kurkami, biorę prysznic i idę spać. Łemkowyna ’21 zakończona.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.