relacja

VI Ultramaraton Podkarpacki (cz.1/2)

Po raz pierwszy w Ultramaraton Podkarpacki wziąłem udział w 2016r. Pobiegłem najkrótszy dystans, 30-to kilometrowy WisłokTrail, i spodobała mi się zarówno atmosfera takiego nieulicznego biegu jak i sama trasa, biegnąca przez pola i lasy – to było zdecydowanie coś innego niż dreptanie po ulicach miasta 🙂 W dodatku bieg miał jakieś tam przewyższenia, więc można było uznać go za górski, a ‘w biegach górskich najbardziej podoba mi się to, że nie trzeba cały czas biec’ 😉

Zatem co roku zwiększałem dystans: 50km, 70km i w tym roku nadszedł czas na trasę 115km. Dotychczas najdłuższy jednorazowy dystans jaki pokonałem to 82km w ubiegłorocznym Bieg Rzeźnika. Nie jestem szybki i nie bawią mnie systematyczne treningi poprawiające prędkość; bardziej kręci mnie odległość. Zatem w 2019 postanowiłem pokonać granicę 100km. Zaplanowałem trzy podejścia: Ultramaraton Podkarpacki, Gorce Ultra-Trail i “7 Dolin” na wrześniowym Festiwal Biegowy. Co prawda Rzeźnik ma sporo przewyższeń i, przekładając go na płaski, odpowiadałoby to trochę ponad 100km, ale na UP górki są również, w dodatku ‘z marszu’ jest 15km ponad zaplanowaną stówkę. Podwaliny pod przebiegnięcie tej strasy położyłem już w ubiegłym roku, gdy przebiegłem jej ‘płaską’ część lecąc sobie w odwrotnym kierunku, tj. z Rzeszowa na Nową Wieś-Głogów-Trzcianę-Zgłobień-Rzeszów. (Pierwsza połowa trasy pokrywa się z przebiegiem dystansu UP70, który już znałem.) Wiedziałem więc, że wyzwaniem na drugiej połowie biegu nie są górki (ledwo dwa wzniesienia), ale długie, monotonne odcinki, na których potrzebna będzie mocna głowa (i całe stopy).Treningowo nie robiłem jakichś specjalnych przygotowań – ot wiedziałem, że potrzebuję nabiegać sporo kilometrów (ale wyszło średnio: 100km w styczniu, 135km w lutym i w końcu trochę lepiej, bo prawie 300km w marcu) i poćwiczyć podbiegi (więc częściej latałem po górkach niż po mieście). W kwietniu dobrze ułożyły się starty w zawodach, bo 7.04. poleciałem 21km w Półmaratonie Rzeszowskim, 14.04. 50km w Biegi Hrabiego – Łańcut, więc w ostatnie dwa tygodnie tylko nabiegałem górki.
W ostatnim tygodniu zacząłem planować jakąś ‘strategię’. Pościągałem wyniki z poprzednich edycji biegu i analizowałem międzyczasy biegaczy. Problem stanowił fakt, że nie ma bramek po 56.km, a więc druga połowa, która najbardziej mnie interesowała była terra icognita ;/ Sprawdzałem więc kilometrówki znajomych z Endomondo, którzy biegli UP115 w poprzednich latach; znalazłem też zawodników z publicznymi treningami na Strava. Wyszło mi, że mogę próbować powalczyć by zmieścić się w 13h, a ukończenie w 14h będzie OK. Na numerze startowym zapisałem sobie cztery czasy: Tyczyn 2:20, Grzybek 3:25, Zgłobień 6-6:20 i meta <14 🙂

Zastanawiałem się też nad wyposażeniem. Na 56.km był przepak, na którym zdecydowałem zostawić koszulki i skarpety do przebrania oraz buty (wrzuciłem też mały ręcznik, buffa, chusteczki i krem z filtrem). Przy czym nie wiedziałem czy skorzystam z butów (jeden z kolegów totalnie odradzał zmianę butów w trakcie biegu (‘ułożone’ do traili stopy źle zniosą zmianę), a drugi zaś zalecał zmianę traili na szosówki, jako bardzo odświeżającą). Finalnie postanowiłem mieć je jako backup; w razie gdyby traile się rozleciały albo coś, ale bez ważnego powodu nie zmieniać butów.W końcu nadszedł piątek. Start o północy. Poszedłem normalne do pracy i nie wiem czy to był dobry pomysł, bo wyszedłem z niej na pełnym wkurwie (przed samym wyjściem okazałem się potrzebny w niecierpiących zwłoki działaniach i mój delikatny plan wieczoru zaczął się sypać przez opóźnione wyjście). Szybkie pedałowanie do domu, tam w pośpiechu zjadam domową pizzę 🙂 i autem pędzę po pakiet startowy. Po drodze wpadam do Decathlon Rzeszów kupić jakieś żele i batony. Wracam do domu, dorzucam rzeczy do przygotowanej sterty, ustawiam alarm na 22:30 i próbuję zasnąć. Budzę się alarmem i zaczynam ubierać i pakować (nie lubię się pakować wcześniej, bo czasem zmieniam decyzję w ostatniej chwili i muszę wszystko rozgrzebywać). Do kamizelki wrzucam bukłak z izo, softflask i 0,33l butelkę z colą, trzy batony, dwa żele, magnezowego shota i ciastka. Zapasową koszulkę i skarpety (zwykłe i WP), chusteczki i lekką kurtkę. Do tego powerbank i kable oraz oczywiście kubek, NRC oraz telefon i słuchawki. Czasu brakuje na zaplecenie przez córkę brodowego warkocza, ale choć na Rynek mam 15minut autem, to wolę być wcześniej, bo ja na start poczekam, ale start na mnie nie 😉 Na Rynku jest już kilka osób, schodzą się znajomi. Pojawiają się znane twarze. Niezapleciona broda nie daje mi spokoju, więc w końcu proszę żonę kolegi o zaplecenie warkocza (ciekawe czy córka uzna, że zaplatała obudzona ze snu i nie pamięta 😉 Zbliża się północ, Dyrektor biegu wygłasza krótkie przemówienie, wspomina też Wojtka Srokę (zmarłego w ub. roku biegacza, który był współtwórcą UP i jego podobizna widnieje na tegorocznym medalu), na wielu twarzach widać wzruszenie.

W końcu nadchodzi moment startu i ruszamy w asyście policji. Biegnę w grupce znajomych i co chwilę narzekam, że jest za szybkie tempo (bo jest). Dobiegamy do wejścia na żółty szlak w Słocinie i w końcu zaczyna się przełaj. Włączamy latarki i ruszamy w las. Wielokroć przebiegałem te ścieżki, ale w nocy wyglądają zupełnie inaczej. Pod górki zaplanowałem wchodzić, więc choć sił jeszcze dużo, planowo przechodzę do marszu. Biegnie nas 5-cio osobowa grupka i całe szczęście, bo nagle nie widać taśm i choć mam tracka w zegarku, to wygodniej biec za kolegą, znającym trasę. Mijamy lotnych sędziów. Wbiegamy do Matysówki i wydłużam krok. Koledzy zostają w tyle. Przy cmentarzu zatrzymuję się na fotkę z nocnym miastem w tle i lecę dalej. Na podejściu na Łany zjadam pierwszego batona. Cały czas popijam, głownie z softflaska, którego będzie mi łatwiej uzupełniać na punktach. Na górze mijam Kelly (oj, chyba mam za szybkie tempo), ale teraz zaczynają się ulubione zbiegi i czuję autentyczną frajdę pędząc tak samemu w noc.

Po drodze mijam kilku zawodników i być może to szybkie tempo zbiegów było błędem, bo zaczynam czuć ciepło/ból w brzuchu. Może szybki zbieg, może wkurw z popołudnia, może wirus albo coś zjadłem, ale wyraźnie nie czułem się dobrze. Dobiegam do punktu w Tyczynie (23.km, czas 2:18), zjadam garść orzeszków, napełniam softflask oraz butelkę izotonikiem i pytam o Stoperan. Dostaję tabletkę, którą szybko łykam i ruszam dalej. Na górkach przed Przylaskiem, podczas marszu zjadam kolejnego batona. Wbiegam na znaczony przez siebie odcinek trasy – widzę, że kilku taśm brakuje, są pourywane, ale są też nowe, które zainstalowali pewnie koledzy sprawdzający trasę w piątek. Wciąż czuję nieprzyjemne ciepło w brzuchu. Ostrożniej zbiegam z górek w lesie. W końcu asfalt i podejście do Grzybka (34.km, czas 3:32, tj. 7 minut po planie). Wpadam na punkt i od razu proszę o herbatę. Niestety jakaś awaria czajników i trzeba poczekać. W tym czasie znów uzupełniam softflask i butelkę, zjadam kilka herbatników, kawałek drożdżówki, arbuza. Woda wciąż się grzeje i zaczynam się denerwować, bo dobiegają zawodnicy, których mijałem po drodze. Dobiegają i ruszają dalej. Ale uznałem, że bez gorącej herbaty brzuch mi całkiem zeświruje, więc wolę poczekać (tym bardziej, że jestem w pierwszej 20-tce). Dostaję następny Sroperan (i gratis magnez ;). W końcu jest woda, zalewam torebkę w kubku, zatykam pokrywką i ruszam truchtem. Nie dość, ze jestem spóźniony, to jeszcze 5 minut spędziłem na punkcie :/

Odbiegam niecałe 2km, zbieg do Siedlisk i brzuch zupełnie świruje; tak nie pobiegnę. Zbaczam w krzaczki. Ruszam spokojniejszy. Zbieg idzie mi już lepiej. Przed “19-tką” doganiam biegacza, z którym ruszyłem z punktu. Po chwili pojawia się Kelly, która pobłądziła gdzieś po drodze. We trójkę spinamy się do Przedmieścia Czudeckiego. Na ogół są przede mną, bo na podbiegach dłużej idę, ale powoli przestaję odczuwać brzuch i coraz częściej bywam na przedzie. W którymś momencie taśmy pokazują inną trasę niż mój zegarek. Kolega twierdzi, że mam starego tracka, zaczynam więc kombinować z zegarkiem, próbuję zaktualizować i osiągam tyle, że usunąłem posiadany i nie mogę wgrać nowego! Super, to teraz nie mam tracka w zegarku (został backup na Endo), a co gorsza nie mogę nawet ustawić dystansu, czyli nie mam prognozowanego czasu ukończenia. Zajebiście! będę sobie biegł na ślepo 🙁

W lesie okazuje się, że ich tracki też wskazują inną drogę niż taśmy – to pewnie ‘objazd’ wycinki, o którym słyszałem. Brzuch całkiem się uspokoił, więc na którymś zbiegu zostawiam towarzystwo i ruszam w przód. Kończąc jedno z podejść doganiam jakiegoś maszerującego. Zaczęło się już wypłaszczenie, więc zaczynam biec i wyprzedzając go rzucam “koniec górki, można już biec ;)”. Ze śmiechem odpowiada “zachęciłeś mnie” i rusza za mną (potem się okazuje, że właśnie ‘poganiałem’ Asfaltowy Chłopak ;o ). Doganiam innych, których wyprzedzałem już wcześniej. Gdzieś po drodze wciągam żel. Odcinek do Krzyża Milenijnego znam, więc lecę na luzie, nadrabiając na zbiegach i podchodząc pod górki. Nawet zastanawiam się czy by nie pyknąć fotki przy Krzyżu, ale niestety już jest po wschodzie słońca, więc daruję sobie i lecę dalej asfaltem. Mijam biegacza. Zaczyna się szuter wśród pól. Mijam następnego, który maszeruje. Czuję się dobrze i niektóre km lecę w tempie ok 5’, choć ta droga pośród zbóż i rzepaku dłuży się mocno. W pewnej chwili zauważam na drodze oprawkę dowodu rejestracyjnego. Generalnie nie lubię dotykać żadnych brudnych rzeczy (szczególnie gdy co chwilę używam rąk przy jedzeniu lub trę paprochy z oczu), ale zatrzymuję się po zgubę. Okazuje się, że to nie dowód – w środku jest karteczka z rozpiską czasów Patrycja Bereznowska z ubiegłego roku. Ktoś chyba planował lecieć jej czasami i zgubił ściągę 😉

W końcu dostrzegam namiot punktu w Zgłobniu i słyszę robiony przez nich hałas. Oj, taki doping wzrusza i czuję jak drga mi podbródek. Wygląda, ze nadrobiłem stratę i zamelduję się w zaplanowanych widełkach czasowych (56.km, czas 6:10).
c.d.n.

komentarze 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *